W życiu nie ukąsiła mnie tylko żmija – rozmowa z najstarszą mieszkanką Smogorzowa, Zofią Kosturek – Namysłowskie Spotkania Kresowe

W życiu nie ukąsiła mnie tylko żmija. A tak czas niczego mi nie oszczędził.
Rozmowa z urodzoną w Filipkowcach koło Borszczowa, na Podolu – Zofią Kosturek
pani Zofia Kosturek

 

  1. Imię i nazwisko: Zofia Ewa Kosturek
  2. Urodzona: 28 luty 1923 rok.
  3. Miejsce urodzenia: wieś Filipkowce, gmina Ujście Biskupie, powiat Borszczów, województwo Tarnopol.
  4. Nazwisko rodowe: Illich
  5. Imiona rodziców: Maria i Rudolf
  6. Miejsce zamieszkania: wieś Smogorzów, gmina Namysłów, woj. Opole

 

Rozmawiał Arkadiusz Oleksak
Redakcja Sylwester Zabielny

 Arkadiusz Oleksak: Pochodzi Pani z Podola.

Zofią Kosturek: Urodziłam się we wsi Filipkowce, powiat Borszczów w województwie tarnopolskim, jako Zofia Ilich. Filipkowce leżą nad zakolem Dniestru, przy samej granicy z Rumunią. Piętnaście kilometrów na południe od Borszczowa, sześć kilometrów na północny-zachód od Mielnicy Podolskiej, siedem kilometrów na południowy-zachód od Krzywcza oraz pięć i pół na północ od Ujścia Biskupiego. Wieś ciągnęła się dwanaście kilometrów, wzdłuż rzeki Niczławy, od Babiniec do Michałkowa, z odnogą w stronę Krzywcza, wzdłuż potoku Biłka, który wpadał tu do Niczławy. Leżała w takim jarze. Po obu jego stronach były kilkudziesięciometrowe skarpy, porośnięte zielenią. Teren wokół wsi był lekko pofalowany, ale na tyle, że wydawało się, iż pola uprawne znajdowały się ponad domami. Wieś była bardzo duża, było w niej 740 numerów. Tylko w czterdziestu z nich mieszkali Polacy. Ale nie wszyscy razem. Ich gospodarstwa były wymieszane z ukraińskimi. Gdzieś pomiędzy ich domami, bo Ukraińców była przecież przytłaczająca większość, były powciskane gospodarstwa Polaków i domy miejscowych Żydów. Na taką wieś było aż dwanaście karczm. Naszym sąsiadem był Piotr Domitrak, a z drugiej strony mieszkał Albin Kwaśnicki. We wsi była, choć nie bardzo liczna, Ochotnicza Straż Pożarna. Na pocztę chodziło się do Ujścia Biskupiego, gdzie była też stacja kolejowa, posterunek policji i strażnica Korpusu Ochrony Pogranicza. Żołnierze z tej strażnicy pilnowali granicy z Rumunią, która biegła wzdłuż Dniestru. We wsi był młyn, z turbiną napędzaną wodą i kamieniem do mielenia zboża, którego właścicielem był Żyd Ainzenberg z Mielnicy, mieścił się on nad rzeczką na Tarnówce, jak u nas mówiono. Był jeszcze drugi młyn, na przysiółku pod Krzemianką, przy drodze wyjazdowej z Filipkowiec w stronę Iwania Pustego, napędzany elektrycznie. Należał do Karola Szrajbera. I jeszcze jeden, którego właścicielem był Jan Jasyniuk. Pamiętam, że w Krzemiance zawsze było dużo dzieci. Mieszkali tam bowiem ubożsi gospodarze.

Podole to piękna słoneczka kraina.

Bardzo piękna. Leży po obu stronach Dniestru i jego dopływów – Zbrucza, Uszycy i Smotrycza. Dniestr płynął dostojnie w głębokim jarze. Urodzajny podolski czarnoziem zapewniał obfite plony. Zimy nie były zbyt mroźne, a lata wyjątkowo upalne. Nie przypadkiem słoneczko jest herbem Podola. W naszych okolicach były piękne lasy liściaste z wiekowymi dębami i grabami, a w nich grzyby, jagody i maliny, i pełno saren, dzików, a nawet łosi. Aż po horyzont rozciągały się pola, gdzie od wieków uprawiano głównie pszenicę, jęczmień, owies, grykę, proso, buraki cukrowe, konopie, len i piękne żółte słoneczniki. Ze względu na wyjątkowo duże plony, Podole nazywano „spichlerzem Europy”. A w czasie ostatniej wojny Niemcy wagonami wywozili nawet tę ziemię do siebie. Niedaleko nas, w Krzywczu, była grota gipsowa, którą przyjeżdżali oglądać turyści z całej Polski. Jej wejście znajdowało się obok głębokiego jaru rzeczki Cyganka. Można tam było zobaczyć stalaktyty i stalagmity o różnych fantazyjnych kształtach. Chodziło się po niej niskimi i wąskimi korytarzami. Ze względu na malownicze formy skrystalizowanego gipsu i alabastru, nazywano ją Jaskinią Kryształową. Już będąc na emeryturze, mój brat opracował przewodnik po grotach województwa tarnopolskiego, w którym tę jaskinię dokładnie opisał.

Mieszkaliście więc na samym końcu przedwojennej Polski.

Do granicy z Rumunią, która była na Dniestrze, było od nas ze dwie mile. Niedaleko, w Okopach św. Trójcy, gdzie Zbrucz wpadał do Dniestru, stykały się trzy granice: polska, rumuńska i sowiecka.

Czym zajmowali się rodzice?

Moi rodzice – mama Maria i tato Rudolf – posiadali w Filipkowcach piętnastomorgowe gospodarstwo. Tato pracował w polu i był jednocześnie stolarzem. Zimą, gdy nie pracował w polu, naprawiał różne maszyny rolnicze. Sam potrafił zrobić nawet wóz konny. Mama pracowała w gospodarstwie, przy domu, ale była też krawcową. Szyła różne rzeczy dla ludzi ze wsi, tak żeby sobie dorobić troszkę pieniędzy. Miałam jeszcze starszego o dwa lata brata Tadeusza.

Pani rodzina wywodziła się z tej wioski?

Tato mieszkał w Krzywczu. Po ślubie z moją mamą przyprowadził się do Filipkowiec, bo jej rodzina tam mieszkała. Mamy ojciec, Jakub Kwaśnicki, i mama, Aniela, z domu Śnieżyk, też mieszkali w Filipkowcach, a dziadkowie ze strony taty mieli w Krzywczu niewielkie gospodarstwo i olejarnię, w której wytwarzali olej ze słonecznika i konopi. Dziadek Jan był stelmachem, naprawiał też wozy dla okolicznych gospodarzy, a babcia zajmowała się właśnie tą olejarnią.

Jak gospodarowali rodzice w Filipkowcach?

Na polach uprawiali głównie żytko i pszeniczkę. Trochę jęczmienia. Ale najważniejszą uprawą była kukurydza, która stanowiła około siedemdziesiąt procent upraw. Uprawiali też tytoń, którego w okolicy sadzono bardzo wiele. Liści się obrywało, suszyło na specjalnych stojakach i potem sprzedawała w Borszczowie, gdzie była fabryka tytoniu. Wszystkie prace w polu wykonywało się ręcznie, tylko przy pomocy koników. Tato miał dwa konie. Oprócz nich mieliśmy dwie krowy, przeważnie jedną się doiło, a druga wychowywała cielaka. Było też trochę świnek, królików i oczywiście drób. Gęsi, kaczki i kury. Tak jak to wtedy było. Ale hodowlą rodzice nie zaprzątali sobie głowy. Główną pracą była praca w polu i uprawa roślin.

Pamięta Pani wasz dom w Filipkowcach?

Oczywiście. Był to długi budynek. Do części mieszkalnej przylegał kurnik, potem stajnia, w której rodzice trzymali konie, krowy i na końcu była obórka dla świnek. Przeważnie każdego roku rodziły się prosiaki i wtedy było tam bardzo gwarno. Te prosiaki rodzice sprzedawali. Część oczywiście zostawała u nas. Dalej była stodoła, w której znajdowała się komora z sieczkarnią i takimi podręcznymi rzeczami potrzebnymi w gospodarstwie. Raz w tygodniu mama wypiekała chleb, który starczał dla wszystkich na cały tydzień.

Jakie potrawy spożywaliście w tamtym czasie?

Najczęściej jadaliśmy kukurydzę i mleko. Mieliśmy dwie krowy. Mama mleka nie sprzedawała, więc mleko słodkie, kwaśne, masło, ser i śmietana zawsze w domu były. Choć muszę powiedzieć, że tamte krowy nie dawały tyle mleka, co te dzisiaj. Inaczej były żywione, to i inaczej się doiły. Raz w roku zabijano świniaka. Takiego ze sto kilo. Robiło się szynki, połcie słoniny i boczku. Najpierw je peklowano, potem wędzono i wieszano to wszystko na strychu, gdzie dojrzewało i tak przez cały rok się tym żywiono. Na niedzielę mama gotowała rosół, przecież mieliśmy w obejściu drób. Były więc też jajka. Latem jedliśmy dużo warzyw i owoców. Zimą przetwory. Jak wszędzie. Mieliśmy w domu żarna, była więc mąka do wypieków chleba i placków, ale to przy okazji różnych świąt.

Przez wieś płynęła Niczława, niedaleko było do Dniestru.

Pamiętam, że jako dziecko chodziłam latem nad Niczławę, nad wodę. Dwa razy zdarzyło mi się kąpać w Dniestrze. Pewnego dnia, kąpiąc się w nim, popłynęłam w poprzek rzeki i gdy się obejrzałam za siebie, zobaczyłam, że jestem na środku. Polski brzeg był daleko, bo Dniestr był u nas bardzo szeroki. Rumuński brzeg był równie odległy. Porządnie się wtedy przestraszyłam. Chciałam w tym miejscu stanąć, ale pod nogami nie wyczuwałam dna. Wartki w tym miejscu nurt Dniestru zaczął mnie znosić. Chciałam zawrócić, ale nie mogłam nic zrobić. Po jakimś czasie zauważyłam, że zbliżam się do rumuńskiego brzegu. Gdy już wyszłam na brzeg, to strasznie się bałam, przecież nielegalnie przekroczyłam granicę i byłam w Rumuni. Trzeba było wracać do Polski, więc popłynęłam z powrotem. Najgorzej było na środku rzeki, bo tam nurt był najbardziej rwący. Ale jakoś się udało. Tę przygodę jeszcze dziś dokładnie pamiętam.

Swoją naukę rozpoczęła Pani w Filipkowcach?

Tak, tutaj po raz pierwszy poszłam do szkoły. Była to szkoła pięcioklasowa. Jej kierownikiem była pani Wanda Falandysz. Jej mąż też uczył w tej szkole. Kolejnym nauczycielem był Adam Kamiński, który przyjechał na Podole z centralnej Polski. W Filipkowcach skończyłam pięć klas. Do szkoły chodzili razem Polacy, Ukraińcy i Żydzi. W naszej klasie było ich sześcioro. Wszyscy razem uczyli się, bawili, nie było pomiędzy nimi jakichś szczególnych zatargów. Ja przynajmniej ich nie pamiętam. Było normalnie, jak to pomiędzy dziećmi.

Jak w okresie międzywojennym układały się relacje pomiędzy mieszkańcami wsi? Przecież mieszkali tam głównie Ukraińcy, ale też Polacy i Żydzi.

Ze względu na to, że Polaków w Filipkowcach nie było wielu, ich kontakty z Rusinami nie były aż tak częste. Było kilka rodzin, które nawiązały z Ukraińcami bliższe kontakty. Pomagali sobie w pracach polowych. Odwiedzali się na święta. Na nasze święta Ukraińcy przychodzili do kościoła, na ich Polacy chodzili do cerkwi. Razem bawili się i ucztowali. Ale nie były to jakieś wyjątkowo częste przypadki. Raczej ludzie utrzymywali bliższe kontakty ze swoimi rodakami. Tak jak wszędzie, byli Ukraińcy naprawdę na poziomie, uczciwi i pracowici. Ale byli też tacy, szczególnie wśród tych uboższych, który nie byli do nas zbyt przyjaźnie nastawieni.

Szkoła podstawowa w Filipkowcach
Szkoła podstawowa w Filipkowcach – 3 narody – Polacy, Ukraińcy i Żydzi, poznać po strojach .
Pani Maria na samej górze na biało, Obok nauczyciel p. Władysław Lewicki, a w lewo – ks. Bogdan Święcicki?
otwarcie polskiego domu ludowego w filipkowcach
Otwarcie Polskiego Domu Ludowego w Filipkowcach. Pani Zofia na samej górze (między słupkami) za panią w białym czepku. Obok po lewej mąż Jan a dalej – mama Maria.

Miała Pani koleżanki wśród Ukrainek?

Nieraz wspólnie bawiliśmy się, nieraz razem szliśmy do szkoły. Ale nie były to jakieś zażyłe kontakty. W tamtych czasach nie było tak jak teraz. Po szkole było mało czasu na zabawy, trzeba było wracać i pomagać mamie w pracach koło domu. To były inne czasy. Nieraz brakowało czasu, by należycie odrobić zadanie domowe. Ale jak było potrzeba, to tato czy mama siadali obok i pomagali mi w lekcjach.

Rudolf Orłowski Zofia Kosturek Ilich Tadeusz
Zdjęcie zrobione w Mielnicy. Od lewej – Rudolf Orłowski (kuzyn Zofii) , Zofia Kosturek, Ilich Tadeusz (brat) i mama Maria

 

W Filipkowcach był kościół i cerkiew?

Jak ja pamiętam, to we wsi był kościółek i duża cerkiew, bo przecież żyło tu bardzo wielu grekokatolików. A to są ludzie naprawdę religijni. Początkowo katolicy mieli w miejscowej cerkwi ołtarzyk, przy którym się modlili. Natomiast na mszę chodzili do kościoła pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny w Krzywczu. To było jednak kilka kilometrów. Kto miał czym, to jechał na wozie lub konno. Inni musieli chodzić piechotą. A trzeba powiedzieć, że szczególnie wiosną lub po deszczach droga nie była łatwa. Trzeba było pokonywać nieraz głębokie kałuże i przede wszystkim błoto, które zalegało na drodze. Nieraz jak się „zabiło” w to błoto, to trudno było wyciągnąć nogę. Ale ludzie chodzili. Co było robić.

Ale zimą, gdy nastawały siarczyste mrozy i spadło metr, nieraz więcej, śniegu, do Krzywcza nie można było dostać się nawet saniami. Drogi były schowane pod bardzo grubą pokrywą śniegu. Na Podolu były naprawdę srogie zimy. Nie takie, jak teraz te u nas. Wtedy modlono się właśnie przy tym ołtarzyku w cerkwi.

Następnie, zanim w Filipkowcach powstał mały kościółek, Polacy chodzili modlić się do kaplicy, którą w jednym ze swoich pokoi w miejscowym dworze, urządził tutejszy obszarnik. Nazywał się Szatkowski. On gdzieś z rodziną wyjechał z Filipkowic, a jego majątek nabył Żyd o nazwisku Mentzel, mówili na niego dziedzic. Ale nie zamieszkał w pałacu. Dlatego nikt o niego nie dbał i go nie remontował, z czasem zawalił się sufit. Naradzano się, co robić. Remontować dach, czy podjąć próbę budowy niewielkiego nowego kościółka. Wtedy podjęto decyzję, aby pobudować jednak kościółek w Filipkowcach. Trzeba więc było się stamtąd wynieść.

Pamiętam, że mój tato chodził na „kwest” i zbierał pieniądze na budowę. Wieś zebrała ich naprawdę dużo. Najwięcej dawali ci najzamożniejsi. Hrabiowie, dziedzice, wszyscy, kto ile mógł. Za te pieniądze kupiono kamień i wymurowano niewielki, ale piękny kościółek. Ale zanim to się stało, zaproponowano tacie, który w tym czasie stawiał nowy budynek, a nie był jeszcze zamieszkały, by zgodził się, aby u nas tymczasowo odprawiać msze święte. Tato zgodził się, nie wziął za to pieniędzy, i tak trwało to prawie dwa lata. Oczywiście swoją zgodę musiał wyrazić też nasz ksiądz. Przyjechał do nas, wysłuchał ludzi i zaakceptował ten pomysł. Nawet pochwalił. Cały czas zbierano pieniądze i budowano nowy kościółek. Nie obyło się bez kłopotów, bo ciągle brakowało pieniędzy. Ale w końcu jakoś zakończono budowę i ołtarzyk wraz ze sprzętami religijnymi przeniesiono z naszego domu na nowe miejsce. I ja w tym kościółku przystępowałam do pierwszej komunii świętej. Miałam tradycyjną białą sukienkę i upięty we włosy welonik. Było nas około dziesięciorga dzieci.

Nareszcie mieliście swój kościół.

Ale msze święte odprawiał ksiądz, którego trzeba było przywozić z Krzywcza w każdą ostatnią niedzielę miesiąca. Ustalona była kolejka i ludzie przywozili i odwozili go swoją furmanką. Na ten cel zbierano też pieniądze. W czasie kolędy, gdy ksiądz chodził po domach, też zbierano na ten cel fundusze. Starczało tego na cały rok. Pieniądze te przekazano księdzu i sam już do nas przyjeżdżał. Zapamiętałam, że jeden z księży nazywał się Kordek, a drugi Długopolski.

Cały czas przebywała Pani w Filipkowcach?

Po skończeniu szkoły pozostałam w domu i pomagałam w gospodarstwie. Za to rodzice postanowili kształcić Tadzia – mojego brata. Najpierw skończył szkołę w Filipkowcach, a potem uczył się w gimnazjum w Horodence. Po skończeniu szkoły, jako pomocnik sekretarza, pracował w gminie w Ujściu Biskupim.

Ja wyszłam za mąż jeszcze przed wojną, w 1938 roku, za Jana Kosturka. Miałam wtedy piętnaście i pół roku. Mój mąż był starszym, poważnym człowiekiem. Aby móc w tym wieku wyjść za mąż, musiałam z rodzicami trzy razy jechać do lekarza, aby wystawił świadectwo o moim zdrowiu. A potem do księdza, który, na wniosek rodziców, wydawał zgodę na ślub. Zamieszkaliśmy u dziadka Jana Krauza, brata naszego ojca, który na nas zapisał część gospodarki. Miał to zrobić pod warunkiem, że jego bratanek ożeni się ze mną. Na naszej ojcowiźnie mama z tatą. Pomagał im mój brat.

Ślub Jana i Zofii Kosturek w Filipkowcach.
Ślub Jana i Zofii Kosturek w Filipkowcach.
Zdjęcie ślubne Jana i Zofii Kosturek w Filipkowcach - siedzi brat Zofii Ilich Tadeusz (starszy o 2 lata)
Zdjęcie ślubne Jana i Zofii Kosturek w Filipkowcach – siedzi brat Zofii Ilich Tadeusz (starszy o 2 lata)

Tam pracowaliście już na swoim?

Dziadek Krauz miał duże gospodarstwo, bo aż 100 mórg i wydzierżawiał kawałki swojej ziemi innym, w zamian za ustaloną część zbiorów. Nam notarialnie przepisał dziesięć hektarów i połowę zabudowań. To było nasze, mogliśmy więc gospodarzyć na swoim, jak to się mówi.

Dziadek miał taki sposób, że przychodził do karczmy, siadał przy stole, stawiał wódkę i słuchał, o czym ludzie mówili. Często było tak, że komuś brakowało pieniędzy i chciał sprzedać morgę ziemi, czasem dwie. Proponował wtedy, że ma pieniądze i może je kupić. Dochodziło do transakcji i w ten sposób powiększał swoje gospodarstwo. Ciekawe było, że sam wódki nie pił. A potem, gdy trwały napady i podpalenia, i każdy się bał, że może go to spotkać, dziadek wpadł na pewien pomysł. Gdy do karczmy przyszła szajka podejrzewana o okoliczne rabunki i podpalenia, poprosił karczmarza Żyda, by podał im wódkę na jego koszt. Gdy to zrobił, herszt tej grupy zapytał, od kogo to. Gdy powiedział im, że od Krauza, to on nakazał swoim podwładnym pilnować, by tam nic się nie stało. Wieść rozniosła się po wsi, i potem słyszało się, że u tego był pożar, u innego coś zniszczono albo coś zginęło, a u Krauza zawsze był spokój. Takie miał sposoby i dobrze na nich wychodził.

Jak na owe czasy Jan Krauz był wielkim gospodarzem?

Dużym i bogatym. W Filipkowcach były rodziny, w których było dziesięć, a nawet dwanaścioro dzieci. Takim rodzinom było naprawdę ciężko. Wiele osób wyjeżdżało głównie do Kanady na zarobek. Ale, aby jechać, trzeba było mieć kartę, czyli taką dzisiejszą wizę, a żeby ją dostać, należało zapłacić. No i przychodzili do dziadka pożyczyć pieniądze. I dziadek nikomu nie odmawiał, każdemu pożyczał. Wielu potem tych pieniędzy nie oddawało.

1 września 1939 roku Niemcy wkroczyli do Polski. Jak ten dzień Pani wspomina?

Walki toczyły się daleko od nas. My początkowo nie mieliśmy świadomości o tym, co się dzieje. Od dawna mówiło się, że będzie wojna, ale nikt nie wiedział, kiedy to będzie. Ja pamiętam, że gdy brat Tadzio wrócił z pracy z Ujścia powiedział – Tato, będzie bieda. Hitler napadł na Polskę, a tato ze smutkiem mu odpowiedział – Masz, synu, rację. Teraz nasze życie już będzie bardzo ciężkie. Tato nie poszedł do wojska w 1939 roku. Już wtedy ciężko chorował i wkrótce zmarł. U nas tocząca się gdzieś daleko wojna nie zmieniła wiele. Życie toczyło się jak dawniej. Tyko coraz bardziej aktywni stawali się miejscowi Ukraińcy, którzy na pewno cieszyli się, że Polska może przestać istnieć i wtedy powstanie ta ich Samostijna Ukraina.

Mąż brał udział w wojnie 1939 roku?

Tak. Został zmobilizowany do wojska. Walczył w kampanii wrześniowej. Dostał się do niemieckiej niewoli. Pisał jeszcze kilka listów. Po wojnie został w Niemczech. Do domu już nie wrócił.

Potem, 17 września, tereny te zajęli Sowieci.

Do nas przyszli już pierwszego dnia, bo granica była bardzo blisko. Naszego sąsiada, Albina Kwaśnickiego, córka Tekla ożeniła się z Antonim Ilichem, moim kuzynem, który do nas przychodził. I odwiedził nas w tę niedzielę, gdy Ruscy przekroczyli granicę i powiedział do mojego taty – Stryjciu – bo tato był bratem jego ojca – będzie bieda, bo Moskale przekroczyli już granicę. Tato mu odpowiedział – Masz rację, tak będzie i nic na to nie możemy poradzić.

Co się wtedy zmieniło?

Na początku niewiele. Pracowaliśmy w domu. Trzeba było jeździć w pole, przecież było lato i zbliżały się żniwa. Szybko sowieci zaczęli zaprowadzać swoje porządki. Władzę we wsi przejęli Ukraińcy. Zaczęły się obowiązkowe wiece. Wszędzie wieszano czerwone flagi i obrazki Stalina. Ludzi nagabywano do kołchozów, ale nie wszyscy chcieli do nich wstępować, więc tych opornych w różny sposób karano. W Filipkowcach w większości gospodarowali Ukraińcy. Wieś była biedna, to i kołchozu tu nie zakładano. W jednym z budynków zrobili siedzibę dla władz wioskowych. Co tam się działo? Ciągle pijackie libacje, krzyki i wrzaski. Tam przesłuchiwano też zatrzymanych, którzy byli potem karani. Był taki czas, że wieszano tam ludzi. Jednych ściągano ze sznura, a zaraz innych wieszano. Niektórzy wisieli długie dni, a wiatr nimi kołysał we wszystkie strony. Porządku nie było żadnego. Wieszano wszystkich bez różnicy, czy był to Polak, ruski, czy Ukrainiec. Wystarczy, że za coś naraził się władzy. Pamiętam, że bardzo prześladowano kolonistów, którzy dostali tu ziemię i przyjechali z centralnej Polski. Oni naprawdę wiele ucierpieli od ruskich, a potem od Ukraińców.

Jak pani rodzina odnajdywała się w nowej rzeczywistości?

Ja po ślubie mieszkałam u Krauzów. To był mojego męża brat. Mieliśmy porządny wóz, uprząż i konie. Więc jeździłam na „forszpanie”. Gmina narzucała mi do wykonywania na jej rzecz prac z użyciem wozu i koni. Nie można było odmawiać. Robione one były przymusowo. Pół kilometra od nas była siedziba miejscowej władzy. Jak ktoś z ważnych osób przyjeżdżał tam załatwiać, jakieś sprawy, to, jak to u ruskich, pito wódkę. Potem trzeba było odwieść go do domu, do Ujścia Biskupiego czy Mielnicy. I wtedy do kogo? Do Krauza. Pukali w okno i kazali jechać. Nie było tłumaczenia, że nie pojadę, bo noc, śnieg czy mróz.

I jeździła Pani?

Zawsze. Pamiętam, że jednego razu w żniwa, bo wóz mieliśmy rozciągnięty i przygotowany do wożenia snopów zboża, taki wóz drabiniasty, przyszli i kazali odwieźć jakiegoś „hołowę”. Z koców i poduszek przygotowałam mu siedzenie, bo przecież będę wiozła władzę i podjechałam pod budynek Sielskiej Rady. Patrzę, a tu kogoś wynoszą. Władza była tak pijana, że nie mogła chodzić nogami. Wrzucili go na wóz, a mi dali jeszcze trzy różne karabiny do przewiezienia i oddania na miejscu. Powiedzieli, że mogę już jechać. Zostałam sama z tymi końmi, trzema karabinami i pijaną władzą. Najbardziej bałam się o tę broń, bo gdyby jeden karabin zginął, toby mnie rozstrzelali. Włożyłam je pomiędzy kolana, by mieć je na widoku i pojechałam. Jechałam najpierw dziewięć kilometrów do Iwania Pustego, a potem jeszcze trzy do Mielnicy. Już przed samą Mielnicą stał pomnik postawiony jeszcze w czasach austriackich na cześć jakiegoś posła wybranego stąd do sejmu i przy nim zatrzymano mnie. Wyszli uzbrojeni ruscy żołnierze i pytają, dokąd jadę? Mówię im, że wiozę władzę do Mielnicy. Pozwolili jechać dalej i tak dotarłam pod budynek sądu, gdzie mieściła się siedziba władz. Wyszli do mnie znowu żołnierze i pytają, co jest. Najpierw mówię im, że przywiozłam takie to rzeczy i pokazuję i tę broń, by się jej szybko pozbyć, zanim oni pierwszy o nią spytają. Zabrali ją ode mnie i mówią – A gdzie człowiek od tej rzeczy?. A ja odpowiadam im – O tu śpi – i pokazuję im tego leżącego przedstawiciela władzy. Zawołali jeszcze kilku innych żołnierzy, zabrali go z woza i zanieśli do budynku, a mnie kazali wracać do domu. Zapytałam jeszcze, czy ci obok pomnika puszczą mnie, a oni zapewnili, że tak. No to i pojechałam. Udało mi się szczęśliwie wrócić do domu.

Znowu, innym razem, wytypowano mnie, abym zawiozła na konferencję do Borszczowa nauczycieli, którzy uczyli w szkołach w Filipkowcach oraz w okolicznych wsiach. Było ich chyba z szesnastu. W większości Żydów. Gdy rządzili Sowieci, Żydzi zaczęli się panoszyć. Zajmowali wiele ważnych stanowisk. Wszędzie było ich pełno. W szkołach uczyli głównie oni. Odwiozłam więc ich do Borszczowa, Poczekałam, aż skończy się ta narada i pojechaliśmy z powrotem. Gdy przejeżdżaliśmy przez Krzywcze, a jechało się przez nie ze dwa kilometry, takim jarem. Po lewej była wysoka skarpa, po prawej też, a pomiędzy nimi biegła droga. Nagle usłyszeliśmy krzyki, że zaczęła się nagonka na Żydów. To ukraińska policja polowała tu na nich. Widziałam, że skarpą w dół zbiega kilku Żydów. Uciekają przerażeni w popłochu. Za nimi ci policjanci strzelają do nich. Jednego trafili. Upadł przy samej drodze. Pociągnęłam za lejce, by konie szybciej biegły, ale zobaczyły tego leżącego Żyda i wpadły w popłoch i nie chciały obok niego przebiec. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że wtedy ten wóz się nie wywrócił. Tym razem też szczęśliwie, choć mocno wystraszeni, dojechaliśmy do Filipkowców.

Ale dalej pracowaliście na gospodarce?

Nałożono na nas wysoki kontyngent. Z naszego pola było to aż sto metrów zboża. Maszyn nie było. Trzeba było młócić cepami. Co prawda ludzie pomogli. Ale przecież nie za darmo. Trzeba było płacić lub iść na odrobek.

22 czerwca 1941 roku Niemcy wkroczyli na ziemie zajmowane przez ZSRR. Jak odbyło się to w Filipkowcach?

Przez dwa tygodnie nie widzieliśmy Niemców. Rosjanie zaczęli uciekać na wschód. Panował straszny bałagan. Nikt nie wiedział, co stanie się następnego dnia. Nie wiedzieliśmy, jaka tu będzie władza. W końcu Niemcy zaprowadzili swoje porządki. Zaczął się ciężki czas dla rolników. Nałożono na nich wysokie kontyngenty, z których trzeba było się obowiązkowo wywiązywać. Za każdy dzień zwłoki w ich dostawach groziły wysokie kary. Z czasem ludzie zaczynali głodować. Nam też w tym czasie było ciężko, przecież w 1942 roku zmarł mój tato.

Jak to się stało?

Dzisiaj wiemy, że tato od dłuższego czasu chorował. Po tych objawach wiemy, że musiał to być rak żołądka. To były inne czasy, nie to, co teraz. O lekarza, który postawiłby odpowiednią diagnozę, było wtedy bardzo trudno. Zresztą nasza wieś leżała daleko od szpitala, w którym byli odpowiedni lekarze. Może, gdyby tato szybciej zaczął się leczyć, zadbał o siebie, to dłużej by pożył. Może. Dzisiaj już się tego nie dowiemy.

Niemcom też trzeba było oddawać obowiązkowe dostawy żywności?

Dla nich też. Po te rzeczy przyjeżdżali nawet do zagrody. Ale razem z Niemcami przyszli do nas żołnierze włoscy, ich sojusznicy. Dopóki oni u nas byli, to było różnie. Byli tacy, że zboże znaleźli choćby było zakopane i metr pod ziemią. Dobrze, że wtedy kończyło się tylko na groźbach, co nas spotka, gdy jeszcze raz znajdą u nas ziarno. Ale byli i tacy, którzy mówili mamie, co ma zrobić, by uniknąć oddania zboża. A gdy nie rozumiała, pokazywali na przykład, by do zboża dosypywać plewy. I wtedy takiego nie zabierali, pisząc, że w gospodarstwie go nie ma. Często litowali się, widząc straszną biedę, głodujące dzieci czy starszych, często niedołężnych, dziadków. Jak to zawsze pomiędzy ludźmi. Są ci dobrzy i ci źli.

Czyli nie było różnicy. Brali Ruscy i brali Niemcy?

Przecież musieli wyżywić żołnierzy na froncie. Zawsze armię muszą wykarmić ludzie. Obojętnie kto, to jedzenia zawsze będzie potrzebował. Ale po swojemu, ale zawsze walczyli też Ukraińcy. I za pierwszych Ruskich, i za Niemca i za drugich Ruskich. Oni też brali. Pewnego razu do nas do domu przyszła taka banda ukraińskich wyrostków. Dwóch weszło do izby i zażądali od dziadka Krauza, by oddał im złoto. Dziadek był już wiekowym człowiekiem, nie mógł im się w żaden sposób postawić. Po prostu, nie miał szans, mając przed sobą takich osiłków. Powiedział więc, że nie ma złota. Oczywiście nie uwierzyli.

Jak niemiecka władza odnosiła się do miejscowych Żydów i Ukraińców?

Żydów było u nas niewielu. Wioska leżała na uboczu, więc nie było takiego prześladowania ich jak w innych miejscowościach. Natomiast coś złego stało się z Ukraińcami, którzy teraz liczyli, że ich państwo pomogą utworzyć Niemcy. Teraz już jawnie z nimi współpracowali. Powstała Policja Ukraińska, która wykonywała za nich najgorszą robotę, stając się postrachem Polaków i Żydów. Teraz, ze zdwojoną siłą, zaczęły wychodzić wszystkie urazy i kompleksy, które zbierały się w nich przez lata. To już tak jest, że jak człowiek w życiu do czegoś dojdzie, dorobi się i coś ma, to już inaczej patrzy na świat i ludzi. A jeśli ktoś nie chce pracować, to, jak mówi stare przysłowie – dziadostwo było bidne, bidne jest i bidne umrze. Ukraińców w większości należeli do tej uboższej części społeczności i często kuło ich w oczy, że inni mają więcej i lepiej żyją. Zaczęły się najpierw pojedyncze napady na Polaków, potem z okolicznych wsi dochodziły wieści o tym, co spotyka mieszkających tam Polaków. Ludzie zaczynali się bać.

W waszej wiosce też miały miejsce przypadki, w których z rąk ukraińskich sąsiadów ginęli Polacy?

Wspominałam już, że w Filipkowcach mieszkali głównie Ukraińcy. Tak i napadów na polskie rodziny nie było zbyt wiele. Pewnego dnia zamordowano pięcioosobową rodzinę. Razem z rodzicami zginęły wtedy dwie córki. Jedna miała 18, a druga 20 lat i ich siedemnastoletni brat. Innym razem kilkunastu ukraińskich wyrostków zatrzymało na drodze Zbigniewa Śnieżyka. Miał tylko 8 lat. Pastwili się nad nim, a potem utopili w Nieczławie. Natomiast mordy na większą skalę miały miejsce w okolicznych wsiach.

Z sąsiedniej Zawidki, pewnego dnia przybiegli ludzie, biegając po ulicach, krzyczeli – W Zawidce mordują! Zrobiło się straszne zamieszanie. Ludzie nie wiedzieli, co robić. W niedalekiej Germakówce Ukraińcy zamordowali 2 Polki. Zresztą w tej wsi mieszkała rodzina Millerów, która później przyjechała do Namysłowa. Mieli młyn i przy pomocy młyńskich turbin zelektryfikowali wieś.

Polacy z Germakówki postanowili w tym niedobrym czasie urządzić huczne wesele Bolesława Poniatowskiego, który przed wojną był wojskowym, żenił się i postanowiono tu rządzić zabawę. Jak się okazało, nie był to dobry pomysł. Ukraińcy to wykorzystali, otoczyli chałupę, w którym bawili się weselnicy, i podpalili. Jedni się podusili od gęstego dymu, innych zabili. Zginęło wtedy ponad trzydzieści osób. W tym młynarz z Germakówki o nazwisku Miller. Śmierci uniknęli natomiast Honorata i Józef Głęboccy, o czym zdecydował przypadek. Otóż w chwili, gdy szli wręczyć parze młodej weselne prezenty i zbliżali się oni do domu, w którym trwała zabawa, rozpoczął się napad Ukraińców. W ostatniej chwili zdążyli zawrócić i schować się w jednym ze stogów słomy. Mieli naprawdę dużo szczęścia, że los ich w taki sposób oszczędził. Sam Poniatowski przeżył i napad, i wojnę. Po wojnie dosłużył się w wojsku stopnia pułkownika i w Bydgoszczy był dowódcą wojsk lotniczych.

Wiedzieliście, co w tym czasie dzieje się na Wołyniu. Że Ukraińcy palą polskie wsie i mordują ich mieszkańców?

Wieści, te dobre i te złe, rozchodzą się szybko. Te złe najszybciej. Wiedzieliśmy, że dzieje się tam „kara boża”. Zastanawialiśmy się, czy i u nas stanie się to samo. Zwyczajnie ludzie bali się. Z czasem i do naszej wsi zaczęli docierać uciekinierzy z Wołynia, którym udało się przeżyć i uciec Ukraińcom. Opowiadali straszne rzeczy. I ludzie bali się jeszcze bardziej.

Waszą rodzinę też spotkały takie przypadki?

Mój tato przez osiem lat pracował w Kanadzie. W 1910 roku wziął ślub z mają mamą. A dwa lata później, ze swoim bratem pojechali do Kanady. Gdy wrócił, za zarobione dolary stać go było, by wybudować nowy dom, nabyć maszyny rolnicze i dokupić ziemi. Stał się, na owe warunki, zamożniejszym gospodarzem. Nie wszystkim to się podobało, wielu wręcz kuło w oczy. I wtedy ze strony Ukraińców zaczęły się takie działania, które miały go sprowadzić do poziomu, jaki oni mieli, bo jak to jest, że on ma, jego stać i dobrze żyje. No i zaczęło się robienie szkód, niszczenie sprzętów. To bydło weszło w naszą lucernę, to stratowano zboże, wycięto drzewa. Na pozór są to niewielkie rzeczy, ale rodzą uczucie bezsilności, gdy widzi się jak ktoś niszczy twoją pracę. W Filipkowcach mieszkała zdecydowana większość Ukraińców, więc i reakcja na takie przypadki musiała być odpowiednia. Taka, by nie zrażać sobie wszystkich sąsiadów.

Innym razem, gdy babcia kupiła mamie nową maszynę do szycia, bo przecież mama dorabiała jako krawcowa, Ukraińcom to się też nie spodobało. Bo jak to możliwe, że za taką maszynę trzeba dać tyle, ile kosztuje morga pola, a ich na to stać? I odpokutowała za to. Bo jak później napadli na mamę, to tak ją zbili, że była cała czarna, w siniakach od bicia, nawet do niej strzelali. Ta maszyna przyjechała później z nami tutaj i służyła nam jeszcze długie lata.

Kto dokonał tego napadu?

Ukraińcy. Przyszli do domu i strasznie mamę zbili. Gdy uciekała, to nawet do niej strzelali. Na szczęście kula poszła obok. To wszystko widziała sąsiadka mamy Nastia Kogut, mówili na nią Kogutka. Gdy to się skończyło, powiedziała do mamy – Pani Ilichowa, ja widzę, że nie ma co dłużej czekać, bo następnym razem mogą panią zabić. Trzeba uciekać. Dziadek już wtedy nie żył. Mama narzuciła na siebie płaszcz i wyszła z domu, zostawiając w nim praktycznie wszystko, co miała.

Innym razem wieczorem do dziadka przyszło dwóch wyrostków ukraińskich i zażądali, aby oddał im złoto. Dziadek powiedział, że nie ma, co zresztą było prawdą. Chcieli też pieniędzy, ale ich także nie dostali. Złapali dziadka, łapami za gardło i rzucili, uderzając nim o piec w kuchni. Po czym wyszli z domu i poszli sobie.

Gdzie mama znalazła schronienie, po tym jak opuściła swoje mieszkanie?

Poszła do Mielnicy. To było miasto powiatowe, było tam dużo ludzi. Mieszkańców i tych, co schronili się tam przed Ukraińcami. Było względnie bezpiecznie, chociaż wszystkiego brakowało. Ludzie mieszkali w strasznym ścisku, bo w mieście brakowało już miejsca. Trudno było o cokolwiek do jedzenia. W Mielnicy nie znaliśmy nikogo, oprócz jednego Żyda. Nazywał się Mocio Ajzenberg, i jeszcze przed wojną kupował u dziadka zboże, a u mamy ukrywała się jego żona, po tym jak w Mielnicy, gdzie mieszkał, zginęła jego matka i dwoje dzieci. Pewnego dnia wyszła ona z wózkiem i dwójką dzieci na spacer i przypadkowo spotkani Niemcy ich zastrzelili. To właśnie po tym wszystkim żona Mocia ukrywała się u nas w Filipkowcach. Teraz on udzielił nam schronienia. Razem z nim mieszkaliśmy w jednym pokoju, mieliśmy jedną kuchnie. Były to bardzo skromne warunki. Razem klepaliśmy tę wspólną biedę. Ale dało się żyć. A że on był w Istrebitielnych Batalionach, które broniły polskie wsie przed banderowcami, to każdej nocy szedł na jakąś akcję i go nie było. Wojnę przeżył, jego żona też. Doczekali się jeszcze syna, a po wojnie wyjechali do Izraela.

Potem znowu na Podole przyszli Rosjanie.

Tak. Niemcy wycofywali się pod naporem Sowietów. Ale jeszcze wcześniej, za Niemca, kwaterował u nas młody niemiecki oficer. Nie znał ani słowa po polsku. Dziadek za to znał niemiecki i przegadali cały wieczór. Przygotowałam coś do jedzenia, siedzieli przy stole i rozmawiali. Ten Niemiec opowiadał o żonie i dwójce dzieci, które zostawił w Niemczech. Bardzo za nimi tęsknił i martwił się, co się z nim stało. Czy wrócił do domu. Dziadek często potem o nim opowiadał i zastanawiał się, czy udało mu się przeżyć.

Kiedy zapadła decyzja o wyjeździe z Filipkowców?

Gdy przeszedł front, dalej nie czuliśmy się we wsi bezpiecznie. Wiedzieliśmy, że zapadły już decyzje, że tu nie będzie już Polski, tylko Związek Radziecki. Kto zostanie, będzie musiał przyjąć ruskie obywatelstwo. Zaczęto mówić, że na Zachodzie, tam gdzie teraz będzie Polska, są po Niemcach wolne gospodarstwa i ziemia, którą można uprawiać. W Mielnicy działał punkt Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, który sporządzał listy tych, co chcieli wyjechać. Po rozmowie z mamą podjęliśmy więc decyzję, że wyjeżdżamy.

Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu i sama podróż?

Szykowaliśmy rzeczy, które mogliśmy ze sobą zabrać. Spakowaliśmy niewielki dobytek, trochę zboża, tak ze dwanaście metrów, by było co siać, ubrania, pierzyny i pościel i jeszcze coś do jedzenia na drogę. Mama nie zapomniała o swojej maszynie do szycia, którą też zabrała. Czekaliśmy już tylko na naszą kolej. I gdy wreszcie przyszedł nasz termin, udaliśmy się na stację w Iwaniu Pustym. Na miejscu przydzielono nam nasz wagon, w którym były już trzy rodziny. Każda w swoim kącie. W porównaniu z innymi, to i tak nam się udało, bo jechaliśmy w krowiakach. Takich wagonach z dachem. Bydło i konie jechały osobno w innych wagonach. Inni mieli mniej szczęścia i trafili na lory, wagony bez dachów. To były o wiele gorsze warunki do jazdy. Lało się na głowę i sama podróż była dużo niebezpieczniejsza. I tymi krowiakami, żegnając rodzinne strony, ruszyliśmy w nieznane. Razem z nami pojechał też nasz pies – Reksio

Nie chcieliście go zostawić?

Z tym psem, to była ciekawa historia. Dostaliśmy go w spadku po pewnym Żydzie, którego rodzinę ukrywała moja mama. Pilnował gospodarstwa, w którym mieli kryjówkę, ostrzegał, gdy zbliżał się obcy. Mama ukrywała Żydówkę z dwójką małych dzieci. Nazywała się Sima Ajzenberg i uciekła z Mielnicy. Jej mąż Mocio był w „stribkach”, takim oddziale partyzanckim, który bronił Polaków przed napadami banderowców. I on nocą ich odwiedzał. Pewnego dnia, dzieci wyszły z kryjówki na spacer i zostali zauważeni, Niemcy je zastrzelili. Ten pies cały czas przy tych Żydach warował. Nigdzie nie odchodził. Nawet, gdy w umówionym miejscu pozostawiano jedzenie dla tych dzieci, to nigdy go nie ruszył. Mógł się na nim położyć, ale go nie tknął. Nie był dużym psem, taki podobny do jamnika, ale bardzo opiekuńczy. Przyjechał tu razem z nami i jeszcze długo nam służył. Natomiast ci Żydzi przeżyli i po wojnie wyjechali do Izraela.

Jak długo trwała podróż na Dolny Śląsk?

Jechaliśmy cały miesiąc. Do Namysłowa przyjechaliśmy w czerwcu 1945 roku. Miesiąc wcześniej zakończyła się wojna. Pociąg zatrzymywał się po drodze. A to na godzinę, albo dłużej. Można było wtedy zdobyć trochę wody. Ale nikt daleko nie odchodził, bo pociąg mógł w każdej chwili ruszyć. Najdłużej, bo przez prawie dwa tygodnie staliśmy na stacji w Mikulczycach koło Zabrza. Po drodze, na stacjach miejscowi ludzie ustawieni na stacjach dawali nam trochę kartofli, mleka, czasem jakieś warzywa. W końcu przyjechaliśmy do Namysłowa. Tutaj ludzie rozchodzili się szukać domów, w których mogliby zamieszkać. W każdym transporcie był taki komendant, który odpowiadał za jadących ludzi. Po przyjeździe, razem z miejscowymi sołtysami, ustalał, kto, gdzie może zająć opuszczone przez Niemców gospodarstwo. Rolnikom przydzielano gospodarstwa. Rodziny, gdzie nie było mężczyzn, przydzielano mieszkania bez ziemi. Mama ze swoją znajomą szukali na własną rękę jakiegoś gospodarstwa. Jej syn był wojskowym, chyba nawet oficerem. Chciał być wójtem w Głuszynie i zaproponował, aby mama pojechała z nim i była tam kucharką, taką gosposią. Pojechaliśmy więc do Głuszyny. Ale wcześniej mama szukała domu gdzieś w Namysłowie. Znalazła taki na ulicy Okrzei. Chodziła tam nawet sprzątać, wybieliła go, bo znalazła tam trochę wapna i gdy już mieliśmy się tam przenieść, okazało się, że ktoś wyjął skobel w drzwiach i samowolnie zajął ten domek.

Zamieszkaliśmy w końcu w Głuszynie, pod numerem 41. Tam miała mieścić się siedziba gminy i tam mama miała pracować. W Głuszynie zajęliśmy gospodarstwo, w którym był jeszcze jego właściciel, autochton, nazywał się Pass. Jego żona wyjechała już do Niemiec. On jeszcze tu był. Od samego początku dobrze ułożyły nam się wzajemne relacje. Był nam bardzo życzliwy. Pokazywał wszystko w obejściu. Razem szliśmy w pole, do pracy. Były przecież żniwa, więc wspólnie kosiliśmy zboża, wiązali snopy i zwozili je do stodoły. Potem ten Niemiec wyjechał za Odrę.

Jednak coś jednak poszło nie tak i musieliśmy się stamtąd wyprowadzić. Przenieśliśmy się do Domańskich. Zajęliśmy taką niewielką spiżareczkę. I tak minęły kolejne dwa miesiące. Ale tam było dla nas zbyt ciasno. Mama napisała do mojego brata, który był w wojsku, by do nas przyjechał i nam pomógł. Tak się też stało. Tadzio przyjechał i dostaliśmy przydział na nowe mieszkanie.

Najpierw jednak, gdy wyjeżdżaliśmy z Głuszyny, Zofia Karpińska, babcia kuzynka, która przyjechała tu wcześniej i mieszkała w Smogorzowie, powiedziała do mamy – Chodźcie do nas, w naszym domu mogą mieszkać dwie rodziny. Mieszkała pod numerem trzecim, przy drodze od strony Głuszyny. Był już rok 1947. Ale okazało się, że ona chciała, bym ja pracowała w polu na jej gospodarce, a mama była pomocą w jej domu. Oczywiście nie zgodziliśmy się na taki pomysł. Ta kuzynka babci sama była z ubogiej rodziny, a tu chciała, byśmy u niej byli robotnikami. Mama powiadomiła więc Tadzia i dzięki niemu tu trafiliśmy.

Tadzio był żołnierzem?

Tak. Starszy brat, Tadeusz, ten, który pracował w gminie w Ujściu Biskupim, po wybuchu wojny mieszkał z rodzicami w Filipkowcach. Gdy Niemcy zostali wyparci przez Rosjan z Podola i zajęli te ziemie Sowieci, do domu mamy skierowano na kwaterę ich oficera. Był to bardzo wykształcony człowiek. W cywilu był profesorem na Uniwersytecie w Leningradzie. Często rozmawiał z mamą i Tadziem. Z czasem nawet zaprzyjaźnili się. Zaraz rozpoczęto też pobór młodych ludzi do wojska. Dookoła grasowały jeszcze ukraińskie bandy. Najgorzej mieli właśnie tacy młodzi jak Tadzio, bo w każdej chwili mogli trafić do wojska. I pewnego dnia ten oficer, w trakcie rozmowy, powiedział do niego – Słuchaj człowieku. Prędzej czy później Ukraińcy cię dopadną, albo znajdą cię i pójdziesz do wojska, a potem na front. Nie możesz się w nieskończoność ukrywać. Zgłoś się na ochotnika do szkoły podoficerskiej. Te kilka miesięcy szkolenia może sprawić, że wojna będzie się już kończyć. Tak będzie lepiej.

I brat tak zrobił. Trafił do Sum, gdzie szkolono wojska pancerne. Zdążył jeszcze na front. Walczył ma nad Odrą, a potem na ziemiach niemieckich, gdzie został ranny. W czasie walk dowodził czołgiem, siedział w luku wieży, gdy obok wybuchł pocisk. Wybuch zmiótł go z wieży i rzucił na ziemię, prosto pod gąsienice czołgu. Na szczęście widział to mechanik, kierujący czołgiem, i w ostatniej chwili, gdy już czołg najeżdżał na niego, zatrzymał maszynę. Ale niestety, gąsienica uszkodziła miednicę i poszarpała jedną nogę. Potem trafił do szpitala i na kilka miesięcy na rehabilitację do Otwocka. Na wojnie dosłużył stopnia porucznika.

I to on przyjechał wam pomóc?

Tak. To dzięki niemu nasza sytuacja polepszyła się. Na podstawie dwóch kart majątkowych, mówiących o majątkach zostawionych na Wschodzie, w Smogorzowie dostaliśmy to gospodarstwo. Na tak zwanej karcie zapisywano to wszystko, co pozostało na Wschodzie. Ilość ziemi, krowy, konie, budynki. Ale Ruscy pisali jak im się chciało. Jednym za bimber wpisywali więcej, innym mniej. Na przykład, jak ktoś miał trzy krowy, to stwierdzał, że na karcie ma tylko jedną. No ale jakiś dowód jednak był.

Ja za dziesięć hektarów, które tam zostawiłam, dostałam tu tylko jeden. Trudno więc mówić o pełnej rekompensacie. Nie mówiąc już o tym, że tamta ziemia to podolski czarnoziem. Najlepsza ziemia na świecie. Budynek, który nam przydzielono, był w całkowitej runie. Nie było okien. Drzwi były wyrwane. Nie było ani prądu, ani wody. Wszystko powoli remontowaliśmy, by móc jako tako mieszkać.

Gdy przyjechaliście do Smogorzowa, mieszkali tu jeszcze miejscowi Niemcy?

Mieszkało ich jeszcze wielu. Systematycznie ich wysiedlano i wyjeżdżali do Niemiec. Przed wyjazdem zbierali się zawsze na rozdrożu, tam gdzie droga skręca na Namysłów. Potem szli na stację i odjeżdżali. Każdy z nich zabierał ze sobą podręczny bagaż, w którym miał jakieś niezbędne rzeczy i ubrania. I Polacy przyszli i obrabowali ich z tych rzeczy. Byli nawet tacy, którzy potrafili zedrzeć Niemce ostatnią chustkę z głowy. Potem w czasie pracy przy maszynie rozmawialiśmy o tym. Mówiono – jak teraz wyglądają Polacy? Niemcy się tu urodzili, pracowali, a oni im zabrali ostatni ciuch. Jeszcze niedawno sami byliśmy w takiej sytuacji, a teraz robimy im takie rzeczy. Kiedyś Ukraińcy nam to robili, teraz my robimy to Niemcom. Przykre to jest, ale prawdziwe. Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych w majątku mieszkały dwie niemieckie rodziny – Pusch i Bittner.

Jak wyglądały te pierwsze dni na nowym miejscu?

Zaczynaliśmy wszystko od nowa. Domy były zniszczone. Rozpoczęto odbudowę. Wszystkiego brakowało, trzeba było sobie jakoś radzić. Powoli wszystko wracało do normy. I w Smogorzowie też tak było. Rolnicy obsiewali pola. Hodowali zwierzęta. Dzieci rozpoczęły naukę. Powoli zaczynaliśmy normalnie żyć. Każdy robił to, co umiał. W Smogorzowie kowalem był Kazimierz Głębocki, który wcześniej miał kuźnię w Krzywczu. Była rzeźnia Tadeusza Walczaka i piekarnia Grygirca. Leśniczym był Edward Tomczak, a gajowym Wincenty Ostrowski, który tez przyjechał ze Wschodu.

Prawie każde zdanie zaczynał od wtrącenia „Ża” i tak zdanie kończył. Często to swoje „ża” wplatał nieraz pomiędzy mówione słówka. Przed wojną pracował u jakiegoś dziedzica. To był taki człowiek, że znał wszystkie drzewa w lesie. Ludzie śmiali się, że chyba miał je policzone i wiedział, gdzie które rośnie. Chodził w takich wschodnich walonkach, prawie zakrywających uda – przywiózł je ze wschodu. Dzięki nim mógł wszędzie wleźć i wszystkiego pilnować. Miał takie powiedzenie „Tażaja, ja ci z dubku nóżku powyrywam”. Ludzie się go bali, bo jak przed wojną nie można było wchodzić do lasu dziedzica i zbierać jagody czy po chrust. I tu też tak robił. Gonił kobiety, które zbierały grzyby i jagody, ale do czasu. Mężczyźni zrobili na niego pułapkę. Przebrali się za kobiety i poszli do lasu na jagody. Gdy Ostrowski się pojawił, by je przegonić, panowie złapali go, rozebrali i przywiązali do drzewa. Młódki chodziły go oglądać i miały ubaw. Ale potem sam się uwolnił. Udało mu się rozwiązać sznury i uratował się. Innym razem jeden z gospodarzy pojechał do lasu, załadował ukradzione drzewo i pojechał do domu. Gdy wjechał na podwórze i krzyknął do konia „prrrrrry”, gdy stanął, nagle usłyszał – „Ty nie „prrrrry”, tylko jedź z tym drzewem prosto do leśniczego!” Tamten zaniemówił. Jak się okazało, gdy gajowy zobaczył w lesie, przysiadł się po cichu na tył wozu i przyjechał z nim aż na miejsce.

Albo jak była u nas zabawa. Chłopy jak to chłopy, pobili się i ktoś powiadomił milicję. Przyjechał jakiś ormowiec i chciał interweniować. No i jedna z pań, postawna i silna kobieta, zabrała mu karabin i zaczęła go nim okładać. Aresztowano wtedy chyba z pół wsi. Potem była rozprawa w sądzie. Mnie też wezwano na świadka w tej sprawie. W ogóle świadków było tylu, że nie mieścili się na sądowym korytarzu. Pamiętam, jak tych aresztowanych prowadzili na salę rozpraw. Milicjanci z karabinami, oskarżeni zakuci w kajdanki. Wszyscy patrzyli na to ze zdziwieniem i z ogromnym przerażeniem. To miał być pokaz, co spotka wszystkich, którzy podniosą rękę na władzę ludową. Ludzie śmiali się i pytali władzę – „co za milicjanta przysłaliście, że kobieta zabrała im karabin?”. Tak było. Dzisiaj te opowieści to już legendy Smogorzowa.

Tutaj uzupełniła Pani swoje wykształcenie?

Zaraz po wojnie w Smogorzowie zaczął działać PGR, majątek jak tu mówiono. Pracowała tam Łucja Jentz. Wzięła mnie tam do pracy i tam organizowali kurs wieczorowy, by można było się dokształcić. A ja nie miałam siedmiu klas. Zapisałam się więc na ten kurs i piątą, szóstą i siódmą klasę. Po trzech półrocznych semestrach zdałam egzamin i uzupełniłam swoje wykształcenie.

Pierwszym dyrektorem szkoły w Smogorzowie był pan Jańczyk, w szkole też uczyła jego żona, i nauczycielki pani Skibianka i Moskwa. Na samym początku pomagała im jeszcze nauczycielka, która przyjechała z Nowosiółki Skałackiej. Była tu sama, bo jej męża jeszcze w Nowosiółce Ukraińcy zabili, a ciało wrzucili do Zbrucza. Do szkoły chodziliśmy w Smogorzowie. Stała przy głównej drodze.

Gdzie później Pani pracowała??

W latach pięćdziesiątych rozpoczęłam pracę jako referent skupu w Głuszynie, która wtedy była siedzibą gminy, następnie pracowałam w Wydziale Skupu Rady Powiatowej w Kowalowicach. Ludzie wybrali mnie na radną. Byłam też pracownikiem Urzędu Stanu Cywilnego w Kowalowicach. Udzieliłam ponad pięćset ślubów. Przez dwie kadencje byłam Przewodniczącą Gromadzkiej Rady Narodowej w Kowalowicach. A następnie Sekretarzem Rady. Ludzie mówili, że gdzie nie pójdę, to złote wierzby za mną rosną. To znaczy, że doceniono to wszystko, co w życiu robiłam, i jakim byłam człowiekiem. To dla mnie bardzo ważne i ogromna satysfakcja. Chociaż nie ominęły mnie też trudne i przykre sytuacje, z którymi jednak sobie poradziłam. Na emeryturę przeszłam w roku 1977. W 1975 roku zmarła moja mama.

 

Urząd Stanu Cywilnego w GRN w Kowalowicach. Pani Zofia, jako kierownik USC udziela ślubu parze młodej nazwiskiem Hruszowicz.
Urząd Stanu Cywilnego w GRN w Kowalowicach. Pani Zofia, jako kierownik USC udziela ślubu parze młodej nazwiskiem Hruszowicz.

O jakich sytuacja Pani mówi?

Gdy byłam Przewodniczącą Gromadzkiej Rady Narodowej w Kowalowicach, zwrócono się do mnie z prośbą, abym wyraziła zgodę na przekazanie przez tutejsze nadleśnictwo drewna na budowę bramy przed kościołem. Oczywiście wyraziłam na to zgodę, bo dlaczego by nie. Przecież nie robiłam nic złego, a brama miała służyć wszystkim mieszkańcom wsi. Zresztą ta brama powstała i stoi do dziś. To dowód, że wtedy dobrze zrobiłam.

Ale wtedy sprawy przybrały dla mnie bardzo zły obrót. Jedna z podległych mi pracownic, w trakcie wymaganej, niezależnej od mnie redukcji etatów, została zwolniona z pracy w urzędzie. Akurat była na takim stanowisku, że jej obowiązki mógł bez uszczerbku dla funkcjonowania urzędu przejąć ktoś inny. I w odwecie za to napisała na mnie donos. Dołożyła do tego zarzut korupcyjny, jakby dziś powiedziano. Otóż do malowania świetlicy wiejskiej, którą pomalowała jedna z miejscowych rodzin, za wykonaną pracę wystawiła rachunek, który zgodnie z prawem został zapłacony. Jednak niektórzy doszukiwali się w tym drugiego dna. Po pierwsze, w tamtych czasach nie można było powierzać takich prac prywaciarzom, a po drugie, ta pani oskarżyła mnie, że ta rodzina podzieliła się ze mną pieniędzmi, co oczywiście było nieprawdą. Zostałam wezwana do prokuratury i sprawa przeciwko mnie ruszyła. Sprawdzano okoliczności zapłacenia rachunku za malowanie świetlicy i zasady, na jakich przekazano drewno do kościoła. Zaproponowano mi, bym zrezygnowała ze stanowiska Przewodniczącego Gromadzkiej Rady Narodowej i przyjęła prace w gromadzkiej bibliotece. Nie przystałam na tę propozycję, bo byłoby to przyznanie się do winy, a ja nie czułam się winna, i sprawę przekazano do sądu.

Po długim procesie skazano mnie na pół roku więzienia. Bez zawieszenia. W tym samym procesie sądzono też podległego mi sekretarza Rady, Kazia Wołoszczuka, którego skazano na taki sam wyrok. Oczywiście odwołałam się od tego wyroku do Sądu Wojewódzkiego, który znowu po długim procesie utrzymał ten wyrok w mocy. I znowu się od niego odwołałam. Tym razem do Sądu Najwyższego i ten po zapoznaniu się z aktami sprawy i uzasadnieniami tamtych sądów, wydał wyrok uniewinniający. A Rada Państwa potwierdziła ten wyrok. Jednak do pracy już nie wróciłam. Objęłam stanowisko w Wydziale Skupu przy Powiatowej Radzie Narodowej.

Zan Pani nazwisko osoby, która na Panią doniosła?

Znam. Zresztą specjalnie się z tym nie kryła. Dzisiaj, po tylu latach, nie ma co do tego wracać. Takie były wtedy czasy i tacy ludzie. Dzisiaj przecież często jest podobnie. Było, minęło.

Odwiedziła Pani kiedyś Filipkowce?

Byłam tam pierwszy raz po wyjeździe w 1989 roku. Wcześniej, jak jeszcze żyła moja mama, mówiła nam – Dzieci, póki ja żyję nie pozwolę wam tam jechać. Tak ją jeszcze męczyły te straszne wspomnienia tego, czego doświadczyła od Ukraińców.

I jaką wieś zobaczyła Pani po latach?

To już były inne Filipkowce, zobaczyłam taką typową wieś w Związku Radzieckim. Chociaż pamiętałam doskonale te wszystkie miejsca, w których spędziłam młodość. Odwiedziłam swój dawny dom, w którym, okazało się, mieszkała moja dawna koleżanka Stefka Leż…… Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. Przecież, krótko przed wojną, tato pobudował nowy dom, który zobaczyłam teraz prawie w ruinie. Zdjęto blachę z dachu, obejście niezadbane. Ogólnie bieda i bałagan. Mąż tej Stefki, widząc naszą reakcję, zmieszał się i powiedział, że będzie to wszystko burzył, ale przecież siedemdziesiąt lat tam przeżył i prawie nic nie zrobił. Przyjęto mnie bardzo ciepło. Przepraszała, że zajęła mój dom. Mówiła nawet do mnie – Zosiu, wracaj tu. Oddam ci klucze do mieszkania i będziemy razem żyły. Odpowiedziałam jej – Ty nie miej żadnych wyrzutów sumienia. To, co się stało, to nie twoja wina. Nie chcę twoich kluczy. Ja już tu nigdy nie przyjadę. Poszliśmy na cmentarz, na grób taty, babci i wujka Krausa, a tam pasą się krowy. Gdzieniegdzie stoją pojedyncze nagrobki, których Ukraińcy nie zburzyli. Pojedyncze groby zarośnięte chaszczami i dzikimi drzewami, inne zrównane z ziemią. Szukaliśmy grobu taty. Pamiętałam, że jego grób był dwa, trzy metry obok figury Archanioła. Figura jest, ale ani śladów po innych grobach. Nie wiedziałam, gdzie te znicze poustawiać. Więc wróciliśmy do Stefy i powiedziałam – „Weź te znicze i postaw je, gdzie chcesz”. W końcu nie wiem, gdzie i czy w ogóle je postawiła.

Wiedziała Pani wtedy, że jest w Filipkowcach po raz ostatni i żegna się ze swoją wsią?

Po tym wszystkim, co nas spotkało, jakoś tam mnie nie ciągnie. Chociaż każdy tęskni za miejscem, gdzie się urodził i spędził najlepsze lata swojego życia. Nie podoba mi się to, co tam przez lata się działo i dzieje dzisiaj. Ja lubię spokój i zgodę. Mam taką naturę, że pomogłabym Żydowi, Cyganowi czy dziadowi, gdybym widziała, że potrzebuje pomocy. Taka jest natura człowieka.

Nie wymieniła Pani tu Ukraińca. Jemu też by Pani podała rękę?

Też. Przecież to też człowiek. To prawda, zrobili Polakom wiele złego. To się pamięta, ale ważne, aby się nie kłócić. Wszystkim będzie lepiej, jeśli ludzie nie będą patrzeć na siebie wilkiem.

Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Arkadiusz Oleksak
Redakcja Sylwester Zabielny

 

  1. Pobierz artykuł w formie PDF
  2. Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *